Zajrzyj do skrzynki pocztowej

Napiszę Ci list. Napiszę Ci co chcesz.

Kochani! Przepraszam, że nie piszę. Przepraszam, że po raz kolejny przepraszam i pewnie i tak niewiele się zmieni. Nie siedzę w kąc...

wtorek, 3 marca 2015

Cześć, mam na imię Zosia i jestem...

Sporo dat mam ostatnio do zapamiętania. Wiele pytań, zero odpowiedzi. Świat pędzi, a ja sobie stoję na uboczu i z dystansem oglądam świat, pijąc kawę z miodem. Dużo ostatnio rozmyślam. Niby to tak, jak zwykle, ale teraz jest nieco inaczej. Teraz, gdy myślę, to staram się te myśli i spostrzeżenia wcielać w jakiś sposób w życie. Może nie na raz, ale stopniowo i powoli. Co nagle to po diable, prawda?
Dużą część moich rozważań zajmują od jakiegoś czasu uzależnienia. A że uzależnić się można
od wszystkiego...

Już po przeczytaniu tytułu możecie wczuć się w klimat dzisiejszego tekstu. Wyobraźcie sobie - dużą salę ze ścianami obitymi boazerią. Lekki półmrok, światło jedynie miejscowe. Na samym środku - okrąg ustawiony z krzeseł. Dziesięć - piętnaście. Siedzą tam ludzie w różnym wieku, kobiety i mężczyźni, biedni i bogaci. Na pierwszy rzut oka - dzieli ich wszystko. Lecz łączy coś ogromnego - choroba. Bo każde uzależnienie to choroba. Człowiek, którego tak często nazywacie z kpiną "pijakiem", czy "ćpunem", to ktoś, kto pogubił się w życiu. Nie mówię, że to nie jego wina - wręcz przeciwnie. Ale mechanizmy, które zaszły w organizmie na przestrzeni lat, nie były zależne od jego woli. Nałóg to...był potwór, który porwał i nie oddał już normalności. To...okropne. To nieludzkie. To...takie częste.


Gdy byłam mała, ułożyłam sobie w głowie listę rzeczy, których nigdy nie zrobię. Brzmiała tak:
-nie pofarbuję włosów (nie wyszło)
-nie będę palić (wychodzi)
-nie będę pić (z jednym, nic niewartym potknięciem - wychodzi)
-nie będę ćpać (wychodzi bardzo!)


Później, jakiś rok - pół roku temu miałam mały kryzys. Moja niewinność i wstrzemięźliwość zawisła na włosku. Bo był wyjazd wakacyjny i niecodzienne towarzystwo. Jednak nie dałam się,
nie zaciągnęłam, nigdy nie spróbowałam trawki. 
Później przyszło złamane serce i tutaj niestety nie pomógł rozsądek. Było martini, rum, wódka, piwo, wymieszane bez skrupułów. Dzieci kochane, nigdy nie mieszajcie! Wiem, co mówię. Film mi się urwał po 10 minutach, bo - jak ja coś robię, to porządnie, albo w ogóle... Koszmar. A jaki samolot
i wstyd dnia następnego. To był pierwszy raz, gdy wypiłam coś więcej niż łyczek drinka. I ostatni.
A minęło już trochę czasu. Nie zamierzam tego powtórzyć. Nie cierpię smaku i zapachu alkoholu -wówczas to naprawdę był ruch szaleńca/desperaty. I mogę powiedzieć, że zadziałało. Bardzo. A teraz - na widok kukułek mnie odrzuca.

Palić nigdy nie będę, bo zawsze, gdy próbowałam, nie mogłam opanować kaszlu. Krztuszę się nawet przy elektronicznym. I dobrze, wyjdzie mi to na zdrowie.
Reszta postanowień to pikuś, wierzcie mi. Nie należę do słabych psychicznie osób i żadne namowy znajomych nie byłyby mnie w stanie skusić, lecz są takie momenty, gdzie przez myśl przemyka "fajnie by było wyłączyć myślenie i zapomnieć". Ale na szczęście w takich momentach z otwartymi ramionami wita mnie łóżko i Morfeusz.


Lecz nie każdy ma tak silną wolą i wyrobioną asertywność. Inna rzecz - nie każdy w życiu widział to, co mi dane było oglądać.


Ktoś mi kiedyś powiedział, że ludzie mi nie uwierzą, jeśli się przed nimi nie otworzę i nie będę szczera do bólu. Nie powiem, bym go wówczas posłuchała. Ale dziś niech będzie dzień zwierzeń
i otwarcie serca.

Nie piję. Nie zamierzam. Nie lubię. Boję się. Czego się boję?

Boję się tego, że jak zacznę, to nie przestanę. Że to nie będzie jedno winko raz na miesiąc, ale jeden drink na rozluźnienie każdego wieczoru i "chwile zapomnienia" w weekend. Boję się, bowiem mój dziadek, który notabene przez to umarł, był alkoholikiem. Ludzie, w tym moja mama, mówili, że był wspaniałym człowiekiem. Dobrym. Empatycznym. Pomocnym. Może i taki był. Na pewno. Ja nie pamiętam. Odkąd go znałam, a znałam piętnaście lat, wiecznie był "w ciągu", albo trzeźwiał. Za mojego życia najdłużej trzeźwy pozostał przez osiem miesięcy. Jednak nawet wtedy choroba wygrała. 
A zaczęło się tak niewinnie - po pracy, jako młody kierownik CPN-u zostawał na piwko lub dwa
z bardziej doświadczonymi kolegami, by nie pomyśleli, że taki miękki i ciapowaty jest. Więc pił. Raz w tygodniu, dwa, trzy. Ale wtedy każdy pił. Co innego było do roboty? Taki stan rzeczy utrzymywał się przez parę ładnych lat. Bo musicie wiedzieć, że alkoholizm to nie tylko leżenie nieprzytomnym
w rowie. Nie, to też (a może przede wszystkim) właśnie te wieczorne piwka. Jedno - dwa. Codziennie. I to miłe odprężenie, prawda...? I rozdrażnienie, gdy nie można!
Później niestety było tylko gorzej. Gdy się urodziłam, dziadkowie mieszkali razem, dobrze (bardzo) im się wiodło, była własna firma transportowa, jedna z większych w rejonie. Było wszystko.
Apogeum zeszło się z moimi narodzinami. '98 rok. Wyprowadzka dziadka ze wspólnego (wielkiego) domu. Plotki się szerzyły. Prawda była taka, że własna wnuczka czuła do niego obrzydzenie. Nie chciała z nim rozmawiać, unikała go i była bardzo niemiła. Wstydziła się. Siłą rzeczy wychowywałam się w takim a nie innym środowisku -  spotkania AA, a może raczej - wspólne Boże Narodzenia i Wielkanoce.
Ci, którym udało się wyjść z nałogu, to naprawdę wspaniali ludzie. Oni mogli na nowo zacząć żyć. Nadrobili stracony przez picie czas.
Niektórym jednak się nie udało. Niektórzy stracili dorobek życia, rodzinę i znajomych. Zostali tylko kumple od kieliszka i prośby o drobne od nieznajomych na ulicy.
Upadek ze szczytu na samo dno.
Dlatego właśnie nie piję. Bo wiem, jak to się może (i bardzo często tak jest) skończyć. Tak, wiem,
że we wszystkim wystarczy umiar. Ale tak się tylko mówi! Możecie się ze mną nie zgodzić, ale to już mało mnie obchodzi. Jak coś robić, to albo wcale albo z rozmachem. Dlatego w tym przypadku wybieram pierwszą opcję. Nie chcę wpaść w bagno, które wiem, że wciąga gorzej niż ruchome piaski.

Jeden światek - różne uzależnienia. Na szczęście w najbliższej rodzinie nie miałam narkomana. Lecz swojego czasu byłam dość blisko z osobą, której brat dał się w narkotyki wciągnąć. Zmarnował sobie najlepsze lata życia - liceum i ponad połowę dwudziestki. Tak, tak, już nie raz słyszałam, że trawka to nic złego, a już na pewno nie uzależnia. To nieprawda. Każda substancja odurzająca uzależnia.
W gruncie rzeczy uzależnić się można od wszystkiego, a co dopiero od narkotyków, nawet tak "lekkich". Bierzesz i automatycznie marnujesz siebie. Psychikę - przede wszystkim. Narkomani (nie)świadomie zabijają swój umysł. Zwidy, majaki i ciągłe lęki to naprawdę jedynie kraniec góry lodowej. Brak rodziny i przyjaciół, którzy często nie umieją na to patrzeć, wiedząc, że jeśli chory sam nie będzie chciał wyzdrowieć, to nic mu nie pomoże i dlatego odchodzą, to dopiero tragedia. Tak łatwo w to popaść, a tak trudno jest się uwolnić. Czasem jest to niemożliwe. Dopiero lata pracy, terapii, zmiana środowiska i nowe życie mogą coś zmienić. Ale pokusa zawsze znajdzie miejsce,
by zaakcentować swą obecność.

Papierosy w mojej rodzinie swojego czasu paliła znaczna część osób. Sto lat popalała babcia, mama ćmi jak smok od lat, ojciec pali, pradziadek, wujek, ciotka palili do momentu zagrożenia życia. Gruźlica, zwał... Przestali, bo niewiele im brakowało do tamtego świata. Jednak - o ile pozostałe dwa nałogi są szkodliwe i mają okropny wpływ nie tylko na uzależnionego, lecz też na całe rodziny
i relacje, to palenie nie rozwala związków i nie niszczy życia postronnych ludzi. Owszem - bierni palacze także doznają uszczerbku na zdrowiu, lecz to jedyne "szkody", które się z tym wiążą.
I oczywiście, by sprawa była jasna, nie twierdzę, że palenie jest dobre. Nie. Odkąd moja mama zaczęła palić e-papierosy i w domu nie czuć już fajek, a mi wyostrzył się węch (od 1 do 15 roku życia paliłam biernie, bardzo dużo), nie znoszę tego zapachu. Nie cierpię smrodu, który osiada na ubraniach, na włosach, pod paznokciami i w ustach. Palenie nie jest ani zdrowe, ani przyjemne.
A wmawianie sobie, że "palę, bo lubię" to kolejna bzdura. Palisz, bo musisz! Bo Twój organizm inaczej nie umie. Nie rzucisz ot tak, jeśli nie masz cholernie silnej woli. Bo musisz wiedzieć,
że później, jak już sięgniesz po jednego, to na jednym się nie skończy. I znowu popłyniesz, kolokwialnie mówiąc.

O uzależnieniu od słodyczy nie mówię, bo z tym akurat sama mam problem. Mogę nie jeść cukru tygodniami, ale jak zacznę, to bez opamiętania.
A o uzależnieniu od innych osób, od partnera, będzie później.

Gdy mówię, że nie piję, ludzie zazwyczaj się dziwią: "ale jak to, tak w ogóle? No coś Ty!".
Z paleniem nie ma takiego problemu, a jedyni ludzie powiązani z narkotykami, już dawno wyszli
z mojego życia i zamknęli drzwi. Wiele osób nie jest w stanie zrozumieć mojego, takiego a nie innego, wyboru. To dla nich nielogiczne, niemożliwe, dziwne. Przecież wszyscy piją - na imprezach, koncertach, w pubach czy po kryjomu. Nie pijesz - toś dziwak!
I zasadniczo rozumiem takie podejście. Wszystko jest dla ludzi i naprawdę od czasu do czasu dobrze jest się zabawić. Jednakże ja patrzę na to przez pryzmat historii, o których się nasłuchałam i które widziałam. Dziadek, znajomy, inni ludzie z otoczenia.

W mojej rodzinie naprawdę wiele osób było lub jest uzależnionych. W większości, przeważającej, są to palacze, lecz to nie zmienia faktu, że jest to choroba. I ja się boję - że skończę jak oni. Boję się utraty siebie, swoich planów i dorobku. Może i dramatyzuję.
Wiem, że brzmię jak stara panna, ale nikomu nie próbuję tutaj nic narzucić. Każdy żyje tak, jak chce, ale ja będę żyć inaczej.
Spójrzcie na to w odmienny sposób - nie dość, że się nie uzależnię, to jeszcze nie zmarnuję sobie zdrowia i na dodatek zaoszczędzę!

Zdrówko,
Do napisania,
Z.

7 komentarzy:

  1. Ja palę. Wiem, że to nie jest dobre, ale pomaga mi to odciągnąć umysł od bólu.
    Z piciem jest też różnie. Mogę pić i pić, a i tak nigdy nie odlecę. Dwa miesiące temu była impreza. Ludzie przynieśli różne alkohole. Mieszałam piwo, wódkę, wino, ruski szampan i bimber. I... było zajebiście;D żadnego rzygania, złego samopoczucia itd. czułam się jak młody bóg rankiem. alkohol mi wszystko odkaził. a z resztą - ja nigdy nie mam kaca. nigdy po alkoholu nie boli mnie głowa, nigdy nie wymiotuję.
    A ćpać mogę legalnie;D co dwa dni kroplówka z morfinką
    Żyć nie umierać;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy żyje jak uważa za stosowne. Podobno życie ma się tylko jedno - ja tam swoje wolę wykorzystać w zgoła inny sposób. Inna rzecz - nie chciałabym stracić maminego zaufania, a kasę (teoretycznie) wydaną na fajki - odłożyć na podróż.

      Dopóki żyjemy, nic nas nie powstrzyma od własnych wyborów.
      Z.

      Usuń
    2. Kasę oszczędzałam całe życie i teraz mam jej w bród, a skoro mam umrzeć to po drodze sobie zaszaleję;D Mój Tata widział mnie raz z fajkiem. Ale jest już tak zrezygnowany, że nie zrobił mi nawet awantury "Ty palisz?" rzucił. Wzruszyłam ramionami.
      A co do podróży - chcę jechać tylko do Paryża i na Mazury. A ja za to nie zapłacę.

      Usuń
    3. No widzisz, nie wszyscy maja tak dobra sytuacje finansową, że każdy wyjazd i inne takie fundują im rodzice ;)

      Usuń
  2. Zosiu ujęłaś to wszystko w tak piękny sposób, że jestem pod ogromnym wrażeniem! Podziwiam Cię za taką szczerość w tym wszystkim oraz odwagę. Oby tak dalej, bo z miłą chęcią będę czytać :) :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Honorata - to nie odwaga, to po prostu prawda. A prawdy nie należy się wstydzić, tylko brać za punkt honoru.
      Jeśli będziesz czytać, to już teraz mogę powiedzieć, że się nie zawiedziesz ;-)
      Pozdrawiam Cię serdecznie,
      Z.

      Usuń

Śmiało wyraź swoją opinię.
I bądź cierpliwy - odpowiadam na każdy komentarz, lubię mieć ostatnie słowo. ;-)