Zajrzyj do skrzynki pocztowej

Napiszę Ci list. Napiszę Ci co chcesz.

Kochani! Przepraszam, że nie piszę. Przepraszam, że po raz kolejny przepraszam i pewnie i tak niewiele się zmieni. Nie siedzę w kąc...

środa, 29 kwietnia 2015

Wolność. Wolność. Wolność.


We Francji w czasie Rewolucji wykrzykiwali „Wolność, Równość i Braterstwo”.  Dedal z Ikarem w starożytności także jej pragnęli.  Young opisywała walkę o nią
we współczesnej Korei. Eddie Vedder śpiewał “Society” w filmie o buntowniku Alexandrze Supertrampie:
„Oh it's a mystery to me:
We have a greed, with which we have agreed...
and you think you have to want more than you need...
until you have it all you won't be free”.

Pisano o niej. Śpiewano. Tworzono peany ku jej czci. WOLNOŚĆ.
Izraelici w Egipcie. Niewolnicy w Stanach Zjednoczonych. Polacy w czasie zaborów i okupacji. Oddawano za nią krew. Składano ofiary. Rodziła męczenników i chowała bohaterów.
Lecz czym jest w codziennym życiu? Czym jest dla człowieka, który żyje z dnia
na dzień i nie musi się martwić o chleb ani o zamknięte granice?
Co widzisz, gdy mówisz: „wolność”?
Czy, jak wielu w moim wieku, są to – hulanki w weekend i nieprzespane noce bez nadzoru „starych”? Całowanie się po kątach i zero obowiązków? Dla niektórych to spełnienie marzeń.
Ale ja widzę wolność inaczej. Ja ją inaczej czuję.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Spadająca gwiazda nie pomoże Ci wyjść na prostą




"Czasami ma się ochotę popłakać trochę w stronę świata, bo widzi się za dużo samotnych ludzi. Wsiądź do tramwaju i spróbuj odnaleźć tam kogoś, kto uśmiecha się sam do siebie i z radosnym błyskiem w oku uświadamia sobie, jakie jego życie jest niesamowite. Marzenie ściętej głowy... znajdziesz za to niezliczoną liczbę... nieobecnych, odosobnionych, po prostu niemych. Wczoraj wieczorem na przystanku widziałem dziewczynę. Niska, miała przy sobie filcową, szarą torbę,
na nosie okulary, na głowie czapkę - tyle zapamiętałem. Słuchała muzyki i spacerowała powoli raz
w jedną, raz w drugą stronę, czekając na tramwaj. Wsiadła bodajże w szóstkę, ale to jest nieistotne. Ta dziewczyna uśmiechała się do siebie. Do nieba. Boże, ona naprawdę była szczęśliwa. I tu już nie chodzi o powód do tej radości. Tu chodzi o sam fakt jej istnienia. A wszystko utrudnia samotność. Samotniejemy na wyścigi, milczymy też na wyścigi. Za mało ryzykujemy i, paradoks, nie boimy się bolesnego upadku, lecz tego, czy ktoś z boku nie uzna nas za idiotów."



Miewam ostatnio nie najlepsze wieczory. Znacie to uczucie gdy w życiu na pozór dobrze się układa, lecz pod maską radosnej beztroski kryje się smutna pustka? Ja znam. Wówczas przychodzą mi do głowy różne dziwne pomysły. Teraz na przykład, o drugiej w nocy, piekę ciasto marchewkowe.
A mówili, że z tych warzyw już nic nie będzie, gdy na obiad zamiast zupy krem zrobiłam zapiekankę ze szpinakiem. Widzicie - można. 

piątek, 24 kwietnia 2015

Michał Zieleń - Ballada o dziewczynie, co piła gorące mleko



Sąsiedzi mieli dziś do pomalowania płot, a że my z mamą jesteśmy dobre dziewczyny, to zakasałyśmy rękawy i wzięłyśmy pędzle w dłoń. 
Swoją drogą - mentalność ludzi lata temu była inna - kiedyś pomagano sobie wzajemnie. Gdy Kowalskiemu rozpadły się wrota od stodoły, to pół wsi biegło pomóc. Później Zalewscy potrzebowali rąk do pracy przy polu, to schodziło się towarzystwo i razem załatwiali sprawę. A teraz? Twardowscy tylko u siebie rąbią drewno, Bujak kopie jedynie swój ogródek, a Masłowska sama klepie biedę. Każdy sobie rzepkę skrobie. To smutne, wiecie? Gdy nikt nie przejmuje się tym, czy sąsiad nie potrzebuje pomocy, a jedynie niezdrowo zagląda w okna, to siłą rzeczy nie da się wypracować jakichś trwalszych relacji. Teraz liczą się plotki. Umarła idea handlu wymiennego, królują pieniądze... A szkoda. 
My postanowiłyśmy choć częściowo wrócić do zapomnianych zwyczajów i jak tylko możemy pomagamy sąsiadom z naprzeciwka. Oni nam zresztą też. Wspaniali ludzie, naprawdę. 

I dziś, gdy tak malowałam spalonym olejem kolejne sztachety w płocie, przyszła mi do głowy piosenka z dzieciństwa, nie wiem skąd. Śliczna jest, naprawdę. Tekst - oczywiście Osieckiej. 
Posłuchajcie...

Wolonturystyka - czy wyjazd "na pomoc" ma sens?

Wolonturystyka to połączenie wyjazdów w celach wypoczynkowych z pracą ochotniczą. Jej początki sięgają lat '70 ubiegłego wieku, kiedy to coraz popularniejsze stały się: odpowiedzialne podróżowanie, walka z wyzyskiem i zwracanie uwagi społeczeństw Zachodu na ubóstwo krajów Trzeciego Świata. Młodzi ludzie chętnie brali udział w akcjach tego typu i w krótkim czasie wolonturystyka stała się biznesem na skalę światową. Wyjazdy były organizowane przez międzynarodowe biura podróży, a wziąć w nich udział mógł każdy, bez względu na wiek
czy posiadane kwalifikacje. Liczy się tylko znajomość języka angielskiego na poziomie komunikatywnym.
Brak skonkretyzowanych wymagań to przeciwieństwo tego, czego wymagają wyspecjalizowane organizacje i fundacje pozarządowe działające na całym świecie, które przed wysłaniem wolontariuszy "na misję" dokładnie sprawdzają ich kompetencje, CV, poziom wykształcenia
i znajomość języków, a później przez długi okres czasu odpowiednio przygotowują do pracy. Wolontariat od wolonturystyki różni się też długością trwania pobytu - w pierwszym przypadku
to okres rzędu 6-12 miesięcy, a w drugim - 1-4 tygodnie. Jest różnica, prawda?

Zastanówmy się, czy wolonturystyka ma sens? Czy może rację mają ci, którzy mówią, że niesie ona za sobą więcej szkód niż pożytku? Kto bardziej zyskuje - beneficjenci programu czy może obcokrajowiec, który pełen zapału przyjeżdża do nieznanego sobie kraju i ofiaruje swoją pomoc? Przed takimi pytaniami stanęłam niespełna pół roku temu i dziś chciałabym przedstawić Wam rzeczywisty obraz "raju", który kusi w zakładkach "wolontariat zagraniczny" w wyżej wspomnianych biurach podróży.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Życie na Wsi? Jak w kabarecie...

Ja Was przepraszam. Tak bardzo Was przepraszam. Może i naiwnie łudzę się, że są tu osoby, które
z niecierpliwością czekają na nowe posty, a może rzeczywiście tak jest... A z mojej strony - nic, tylko cisza. Wiem.
Ale musicie mi uwierzyć na słowo - mam dobre wytłumaczenie. Otóż - zmieniłam miejsce zamieszkania. I od tygodnia piszę notkę na bloga i  nie mogę jej skończyć. Nie mam na nic czasu. Ale nie jest to taki "miastowy" brak czasu, trwoniony na głupoty i przyjemności. nie, ja się zawzięłam i zobowiązałam się do wielu zajęć dodatkowych, a tu proszę - jeszcze dojazdy. Jak nie jadę pociągiem, to PKS-em, jak nie PKS-em to autobusem miejskim; jak nie MZK, to na piechotę. Wciąż gdzieś pędzę... Zwariować można.
Jednak - podjęłam decyzję: czas się otrząsnąć i skupić na celu. Między innymi na najważniejszym
i najukochańszym elemencie codzienności - blogu. Naprawdę, uwielbiam pisać. Tylko, że ostatnimi czasy 24-godzinna doba to zbyt mało.
Dość już ględzenia. Przejdźmy do sedna sprawy - dzisiejszego posta.

Jak już kiedyś pisałam, przeprowadzałam się w życiu n-tą ilość razy. Po Polsce i nie tylko. Ubiegłej jesieni moja mama zadecydowała - kupujemy dom. Nie powiem - w dużej mierze była to moja "zasługa" (dobra, dobra, "wymuszeniem" tego przecież nie wypada nazwać). Słowo się rzekło, kredyt się wziął i oto jest - chatka w lesie, w urokliwej okolicy, ładnych parę kilometrów od ostatniego miejscem zamieszkania. Specjalnie nie podaję nazwy, co by na nas nie napadli nieproszeni goście. Mieszkam tu już ponad trzy tygodnie i postanowiłam, że czas najwyższy uraczyć Was paroma opowieściami z życia na odludziu. Gotowi? To zaczynamy!

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Na Życie słowo


Bóg dał nam Paryż, Wenecję

architekturę secesyjną, zegarki
i zegary Art deco
dał nam poziomki
zamglone świty za oknem kawiarni
sklepy
dał nam Tomasza Manna oraz Prousta
a także wrzosowiska Irlandii
oraz wymyślił bilard i nastolatki
i tysiąc innych rzeczy
jak wodospady, Boską Komedię,
fajki, wiersze Rilkego,
ulice wysadzane platanami
na południu,
amerykańskie samochody z lat czterdziestych,
pióra Mont Blanc, przewodnik
po Grenadzie oraz
Koniaki, Giny, Whisky i Bordeaux
na pewno nie w tym celu
żebym siedział
przez osiem godzin dziennie
w pracy
jak jakiś chuj






sobota, 11 kwietnia 2015

Trać zmysły na widok normalnych ludzi


"jeszcze będziemy
rozmawiać z Hemingwayem

w ciasnych izolatkach

psychiatrycznych szpitali


jeszcze będziemy

spotykać ludzi
dla których warto było
nie zawisnąć na gałęzi

jeszcze będziemy
szukać sensu życia
w kropelkach deszczu

jeszcze będziemy
przeklinać kobiety
spotkane przypadkowo
na stacyjkach donikąd

jeszcze będziemy
tracić zmysły na widok
normalnych ludzi"


Będziemy tracić zmysły na widok normalnych ludzi. Te słowa rażą mnie w oczy swoim znaczeniem. Kto z nas traci zmysły dla zwyczajnych? Ktoś zastanawia się nad tym, co czuje ten, kogo mija
na ulicy? Jaki jest, skąd pochodzi i dokąd zmierza? 


Żyjemy ideałami. Ideałami rodziców, gdy jesteśmy dziećmi. Są naszymi superbohaterami. 
Ideałami samego siebie, gdy mamy naście lat. Możemy wówczas wszystko, żadna przeszkoda nie jest nam groźna. 
Ideałami wybranka. Jest wspaniały, niczego mu nie brakuje.
Ideały są z nami zawsze.
I w tym wyidealizowanym po naszemu świecie nie ma już miejsca na szarych ludzi. Szarych ludzi, którzy jakże często okazują się być tymi "właściwymi".
Nie raz i nie dwa przekonujemy się, że tak naprawdę nie kochamy osoby, z którą dzielimy życie,
a jedynie nasze wyobrażenie o niej. Kochamy to, jaką chcielibyśmy, by była. Kochamy ramki,
w które ją włożyliśmy. A gdy okazuje się, że twórca, który te ramki zbudował, machnął się o parę centymetrów, dostrzegamy swój błąd. 
I odchodzimy na kolejne poszukiwanie ideału, który być może nigdy nie nadejdzie. Znowu pokochamy wyobrażenie. I znowu ramki okażą się być niedopasowane.
Ale, jak to powiedział mój nieoceniony Przyjaciel, życie jest jak pudełko czekoladek z nadzieniem. Aby przekonać się, że najbardziej lubimy te karmelowe, musimy najpierw skrzywić się przy próbowaniu kokosowych, miętowych i pomarańczowych.


Do mojej listy ulubionych filmów dołączył ostatnio kolejny. I to od razu uplasował się na jednej
z wyższych pozycji. O czym mowa? "About Alex". To opowieść o przyjaciołach, którzy razem tworzyli swoistą paczkę na studiach, a później ich drogi się rozeszły. Latami się nie widzieli, wymieniali jedynie lakoniczne uwagi na portalach społecznościowych i dopiero próba samobójcza jednego z nich sprawiła, że znaleźli czas na spotkanie. Dwie godziny filmu to sceny z ich wspólnie spędzonego weekendu. To opowieść o tym, co jest w życiu najważniejsze i dlaczego tak trudno jest nam czasem wyciągnąć pierwszemu dłoń na zgodę. Mniej więcej w połowie niedoszły samobójca mówi, dlaczego to zrobił. Nie, on wcale nie chciał się zabić. On chciał zobaczyć przyjaciół,
a nie wiedział jak dokonać tego inaczej. Pewnie teraz część z Was jest oburzona taką postawą.
No bo jak to - podcinać sobie żyły, żeby pogadać z kumplami?

A jednak. Ja go rozumiem. Jak często zdarza się, że dwoje ludzi obiecuje sobie dozgonną miłość
czy wieczną przyjaźń pomimo wszystko, a po paru dniach, miesiącach, latach nie pamiętają nawet koloru oczu tej drugiej osoby? Często.
Niekiedy jest tak, że my nadal byśmy chcieli mieć ich przy sobie, lecz zbyt dużo się wydarzyło,
by móc to naprawić i po prostu paść sobie w ramiona.
"About Alex" oczarował mnie swoim klimatem. Czułam się tak, jakbym była razem z bohaterami
w tym domku na skraju lasu. A jednocześnie im zazdrościłam - potrafili być ze sobą do bólu szczerzy i niczego nie ukrywać. Nikt nie zgrywał kogoś, kim nie był. 
Byli prawdziwi. Byli grzeszni. Byli sobą. I potrafili nie czuć wstydu przed pozostałymi. To zarazem bardzo trudna jak i ważna cecha.
Poza tym, że oni jako ludzie i jako grupa byli szalenie wartościowi, to jeszcze twórcom udało
się ukazać to, czego każdy z nas łaknie - prawdziwych przyjaciół. Z troskami i problemami, a nie
w technikolorze ze sztucznym uśmiechem. 

Takich filmów i ludzi potrzeba nam więcej. Czasem żałuję, że we współczesnym świecie tak trudno jest stworzyć z drugim człowiekiem coś "nagiego" i na zawsze...


Macie swoją paczkę przyjaciół? Znacie na nią dobry przepis? Podzielcie się!


poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Wróciłam!

Przepraszam Was za tak długą nieobecność. Z powodów nie do końca ode mnie zależnych (którymi być może wkrótce się z Wami podzielę) przez ostatnie tygodnie nie miałam dostępu do Sieci. Jednak teraz już mam nieograniczony i zamierzam pisać z niesłabnącą energią. Wróciłam!

A tymczasem zostawiam Was z utworem, który od miesięcy siedzi mi w głowie.



"Patrząc na ciebie, pomyśleć by można, że jesteś ćpunką." Manifest przeciwko stygmatyzacji.



Stereotypy są mocno zakorzenione w naszej świadomości. Nawet nie zdajemy sobie sprawy,
jak często im ulegamy. Co się myśli o samotnej matce, która świetnie wiąże koniec z końcem i raz
do roku wyjeżdża na bajeczne wakacje w egzotyczne rejony świata? Nikomu przecież nie przyjdzie do głowy, że kobieta ta ciężko haruje. Nie - ona kolokwialnie mówiąc "daje dupy". To takie głupie, płytkie i ograniczone Kochani...

W społeczeństwie, w którym żyjemy, utarło się wiele schematów. Na różnorakie tematy. O mojej walce z Matką Polką już było mówione tutaj. Dzisiaj chciałabym poruszyć temat nieco "lżejszy", jednakże będący tym stereotypem, z którym stykam się ostatnio najczęściej. Bowiem będzie tu mowa o ciele i o naszej aparycji. Konia z rzędem temu, kto stosuje się do słów, iż to nie szata zdobi człowieka. Nie zapierajcie się - nie ma takich ludzi! Każdy z nas ocenia po okładce, jakkolwiek mocno by temu zaprzeczał. Sama przyznam się bez bicia - pierwszą opinię o nowo poznanej osobie wyrabiam sobie, spoglądając na jej buty. Według mnie mówią one o posiadaczu o wiele więcej
niż miliony słodkich słówek. Już z góry mogę założyć, że z kimś, kto ma na sobie starte adidasy nie znajdę wspólnego języka, a panienka nosząca lakierowane platformy nie odnajdzie się na moim poziomie intelektualnym. I nie zamierzam w tym miejscu nikomu ubliżać - stwierdzam fakt. Tak jest. I już. 
Niestety - stereotypy dotyczące wyglądu dotknęły i mnie. Nawet nie wiecie, jakie to irytujące (żeby nie napisać inaczej...).