Zajrzyj do skrzynki pocztowej

Napiszę Ci list. Napiszę Ci co chcesz.

Kochani! Przepraszam, że nie piszę. Przepraszam, że po raz kolejny przepraszam i pewnie i tak niewiele się zmieni. Nie siedzę w kąc...

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

"Patrząc na ciebie, pomyśleć by można, że jesteś ćpunką." Manifest przeciwko stygmatyzacji.



Stereotypy są mocno zakorzenione w naszej świadomości. Nawet nie zdajemy sobie sprawy,
jak często im ulegamy. Co się myśli o samotnej matce, która świetnie wiąże koniec z końcem i raz
do roku wyjeżdża na bajeczne wakacje w egzotyczne rejony świata? Nikomu przecież nie przyjdzie do głowy, że kobieta ta ciężko haruje. Nie - ona kolokwialnie mówiąc "daje dupy". To takie głupie, płytkie i ograniczone Kochani...

W społeczeństwie, w którym żyjemy, utarło się wiele schematów. Na różnorakie tematy. O mojej walce z Matką Polką już było mówione tutaj. Dzisiaj chciałabym poruszyć temat nieco "lżejszy", jednakże będący tym stereotypem, z którym stykam się ostatnio najczęściej. Bowiem będzie tu mowa o ciele i o naszej aparycji. Konia z rzędem temu, kto stosuje się do słów, iż to nie szata zdobi człowieka. Nie zapierajcie się - nie ma takich ludzi! Każdy z nas ocenia po okładce, jakkolwiek mocno by temu zaprzeczał. Sama przyznam się bez bicia - pierwszą opinię o nowo poznanej osobie wyrabiam sobie, spoglądając na jej buty. Według mnie mówią one o posiadaczu o wiele więcej
niż miliony słodkich słówek. Już z góry mogę założyć, że z kimś, kto ma na sobie starte adidasy nie znajdę wspólnego języka, a panienka nosząca lakierowane platformy nie odnajdzie się na moim poziomie intelektualnym. I nie zamierzam w tym miejscu nikomu ubliżać - stwierdzam fakt. Tak jest. I już. 
Niestety - stereotypy dotyczące wyglądu dotknęły i mnie. Nawet nie wiecie, jakie to irytujące (żeby nie napisać inaczej...).


Pamiętam, jak niecałe dwa lata temu poszłam do fryzjera, by ściąć grzywkę. Miałam wówczas długie, proste włosy z przedziałkiem na środku. Przez pół godziny siedziałam na fotelu i nie mogłam się zdecydować, czy aby na pewno tego chcę! Ścięłam. Po roku poszłam do tej samej fryzjerki. Ukochanej Wioli. I...kazałam pofarbować się na różowo. Pofarbowała. Wyszedł ciemny fiolet.
Po jakimś czasie udało mi się na puklach sięgających pupy osiągnąć wymarzoną fuksję. Czy muszę mówić, jakie były reakcje ludzi? Nie przesadzę, gdy powiem, że parę razy wytykano mnie palcami. Raz usłyszałam, że wyglądam jak "ta księznicka z kleskówki"... W momencie zmiany koloru
w oczach społeczeństwa obumarł też mój intelekt. Momentalnie przestano mówić o osiągnięciach,
a zaczęto - o kłakach. Już nie chciano ze mną rozmawiać o mądrych książkach i ambitnym kinie,
a tylko o najnowszych trendach kosmetycznych. Z jakiej racji, cholera jasna? To wciąż byłam ja.
Ta sama Zosia co tydzień temu. Miałam tylko inny kolor włosów! Człowiek, jego wnętrze, wiedza
i przekonania wcale się nie zmieniły! To, że miałam ochotę pobawić się odcieniem i nie bałam się tego zmienić, to jeszcze o niczym nie świadczy.

A pomyślcie sobie, że to dopiero początek...

Po jakimś czasie ścięłam włosy do ramion i pofarbowałam na rudo. Później skróciłam do uszu,
a po krótkiej chwili miałam już na głowie artystyczny, chłopięcy nieład. Znowu był on różowy.
Na ludziach ze szkoły nie robiło to już większego wrażenia.
Jedynym, co było nie do zniesienia, okazało się wciąż powracające pytanie: "Nie było ci żal?". Słuchajcie, skoro się zdecydowałam i żyję, to chyba nie było, prawda?! Moja głowa. I nikomu nic
do tego. Lecz niestety - ludzie lubią nam zaglądać do przysłowiowego talerza, tak jak pisałam niedawno.

Wreszcie - po pół roku kombinowania z kolorem stwierdziłam, że czas najwyższy pozwolić włosom na regenerację i...ogoliłam się na zapałkę. Maszynka - 8 milimetrów. Na drugi dzień już słyszałam, że wyszłam z Auschwitz, tylko nieco pomyliły mi się lata. "Oświęcim!". Szczerze mówiąc, czułam się dziwnie. Jak można było moją fryzurę porównać do wyglądu więźniów z obozu koncentracyjnego? Było mi nieswojo, mimo że robiłam dobrą minę do złej gry. 
Powiem Wam więcej - po miesiącu spotkałam dawno niewidzianego dalekiego znajomego. Zapytał się mnie, jak się czuję. Okazało się, że ktoś puścił plotkę, że zgoliłam włosy z powodu ciężkiej choroby. Jakim prawem?
Jednocześnie słyszałam ochy i achy na temat mojej odwagi i tego, że się zdecydowałam. A ja po raz kolejny zapytam - co to za odwaga: ściąć włosy? Przecież to nie ręka. Odrosną. Jaka odwaga? Żaden heroiczny czyn. Ja tylko wyłamałam się ze schematu i zrobiłam coś, co inni uważają za odbiegające od normy.
Nie było w tym żadnej wyższej filozofii, manifestacji swoich przekonań czy też wyrazu buntu. Nie. Ja po prostu się ogoliłam. Ot co. Czy to tak trudno zrozumieć? Dlaczego tak dużo ludzi dorobiło sobie do tej akcji niepotrzebną ideologię?

W kolejnym tygodniu przekułam sobie uszy. Po dwie kolejne dziurki w każdej małżowinie. Znowu - bez buntu i przyłączenia się do określonej subkultury. Nadal nie paliłam i nie piłam. Ciągle słuchałam poezji śpiewanej i muzyki nieokrzesanej. A jednak - po paru dniach nieopatrznie wlazł mi do domu ojciec. W trakcie rozmowy (podkreślę - od czterech lat się nie widzieliśmy, a on skruszony przyjechał przepraszać) padły słowa: "wiesz Zochna, gdyby ktoś ciebie zobaczył na ulicy, pomyślałby, że na pewno jesteś ćpunką". Pomijając fakt, że ja bym tak do przyjaciela nie powiedziała, a on odezwał się do córki, którą rzekomo zamierzał odzyskać i wkupić się w łaski,
to z jakiej racji ocenił mnie w ten sposób?

Powiedzcie mi, kto dał obcym ludziom prawo do wkładania mnie w określone szufladki, nawet nie zamieniwszy ze mną zdania? Dlaczego jestem uznawana za buntownika, obdartusa i brudasa?
Czy tak trudno jest zrozumieć, że ktoś może mieć niemało W głowie, jednocześnie mając mało NA głowie?
Z jaką łatwością przychodzi nam ocenianie innych. Obrażanie innych. Ranienie innych. W imię czego? Szeroko rozumianej "szczerości"?
Całkiem niedawno spotkałam się z kimś, zdawałoby się, bliskim. Włosy zdążyły mi już nieco odrosnąć i teraz mam irokeza. I oczywiście moje kolczyki. Siedząc przy stole, usłyszałam zdanie jeszcze ostrzejsze od tatusiowego. Usłyszałam: "jak ty wyglądasz? W piercing bawią się tylko kurwy i alfonsy". A w odpowiedzi na słowa człowieka, który stanął w mojej obronie, bo ja z szoku
i niedowierzania się zapowietrzyłam, padło: "Nie powiedziałam, że nią jest, tylko, że tak wygląda". Seriously?! Jeśli czyta to ktoś mądry, niech powie mi - jak się odpowiada na takie komentarze? Ja nie wiem. Ręce mi opadły... Zrobiło mi się szalenie przykro. Bo usłyszeć takie słowa od przypadkowego przechodnia to jedno, ale od osoby naprawdę dobrze sobie znanej i szanowanej? 

Ludzie - to naprawdę nie jest przyjemne. Wcale nie jest miło słyszeć, że jest się jak z Oświęcimia,
jak ćpun czy jak kurwa. Tym bardziej, że w żaden sposób sobie na to nie zasłużyłam. Nie siedzę
na murku i nie chleję piwa. Nie palę i nie biorę. Nie mam szemranego towarzystwa. Dobrze się uczę. Dużo czytam. Nie zajmuję się głupotami. Nie wdaję się w pyskówki. Jestem dobrze wychowana. 
Paradoksalnie - gdybym wciąż miała proste włosy z przedziałkiem po środku i jedynie dwie dziurki w uszach - stawianoby mnie za wzór. A teraz - wręcz przeciwnie. Teraz zgubił mi się intelekt i to,
co sobą reprezentuję. Teraz jest tylko - jak to reprezentuję. Teraz nie liczy się "co o tym myślisz?",
a jedynie "coś ty ze sobą zrobiła?". 
A zrobiłam to, na co miałam ochotę. Szaleję z wyglądem. Jestem w tym wieku, w którym wiele mi wolno. I nikogo nie powinno to obchodzić, mimo że jest inaczej. I wiecie, co Wam powiem?
Niczego nie żałuję. 

Wisienkę zostawiłam na sam koniec. Wiem bowiem, że czytają to ludzie, którzy za nic mają moje tłumaczenia i racjonalne argumenty. Ludzie od "kurew i alfonsów, od ćpunek i od Oświęcima". Gdzieś tu od czasu do czasu przewijają się moi nauczyciele i rodzina. Rodzina, która pod wieloma względami jest bardzo nietolerancyjna i despotyczna. Ale ja już mam niewiele do stracenia. Wyrobiła mi się gruba skorupa i wyostrzył język. Już się nie boję.

Po tym, jak tamtego dnia usłyszałam pamiętne słowa przy stole, po cichu wycofałam się do mojego pokoju i na bluzkę z krótkim rękawem założyłam grubą dżinsową koszulę z wysokim kołnierzem. Dość miałam docinek jak na jeden dzień. A po komentarzu do tego, co jeszcze zostało mi
do pokazania, mogłabym się nie pozbierać. O czym mowa? 

O moim tatuażu. Tak, mam tatuaż. Wzdłuż całego kręgosłupa maszeruje mi dwanaście mrówek. Niemałych. Od pośladków aż po kark ciągnie się rząd pracowitych mróweczek. Jedna za drugą.
Tup tup tup. Na wysokości łopatek jedna z nich wyłamuje się z szeregu. Idzie w pieruny. Towarzyszy jej napis, który jest moim mottem. Ukazuje mój stosunek do świata i prawdziwe wartości. Podzielę się nim z Wami. Niech będzie... "I will go wherever I want to go and not where others are going.
No one will make me live according to their rules. I will always be myslef even if others do not accept it." Ładne, prawda? Mi się podoba. Powiem nieskromnie - nie tylko ja jestem nim zachwycona. Każdy, kto go widział, był pod dużym wrażeniem. Facet, który go stworzył, odwalił kawał naprawdę dobrej roboty. Co tu dużo mówić...jest cudny!

I, o dziwo, wywołał najmniej kontrowersji. Nawet moja pani profesor pochwaliła to dzieło.
A jednak - niektórzy nigdy nie będą w stanie zaakceptować pewnych spraw. Niektórych będzie razić w oczy odmienność i odwaga.
Niektórym tatuaże będą kojarzyły się tylko i wyłącznie z kryminalistami, byłymi więźniami i szarym światkiem. Niewielu jest w stanie je zaakceptować. Co najsmutniejsze - jeszcze mniejszy odsetek potrafi dostrzec w tym prawdziwe piękno i sztukę. Tak - sztukę. Bo dobrze zrobiony tatuaż to sztuka. To ozdoba na całe życie, która zostanie ze mną, gdy przeminie cała reszta. Niezmienny, na zawsze.
Doskonale o tym wiem. Ale im dłużej noszę go na swoim ciele, tym mocnej czuję, że to jest "to". Czuję, że tatuaż to coś, co mnie dopełnia. Pomaga wyrażać siebie. Jest częścią mnie. Jego też nie żałuję. I wiem, że nigdy nie będę.

A teraz, po raz ostatni, chciałabym zwrócić się do ludzi, którzy mają odmienne poczucie estetyki ode mnie. Zachowajcie swoje zdanie dla siebie. Jeśli macie mnie niepotrzebnie ranić, obrażać
i krytykować, to zamilknijcie. Czy ja Wam mówię, jak macie wyglądać? W co się ubierać i jak czesać? Nie. Więc uszanujcie to. Zrozumcie drugą stronę. Co z tego, że według stereotypu dziewczyna powinna mieć długie włosy, zalotny uśmiech i zwiewne sukienki, by być w pełni kobiecą? Co z tego? Ja mam krótkie włosy, kolczyki i tatuaż. Noszę zdarte trzydziestoletnie kozaki
i obwieszam się biżuterią. I coś Wam powiem. Czuję się ultrakobieco. Czuję się piękna.

Jeśli będziecie gotowi do intelektualnej dyskusji na temat mojego wyglądu, to dyskutujmy do woli. Ale jeśli chcecie tylko ordynarnie wyrazić swoje zdanie, odmienne od mojego, to lepiej się zamknijcie. Każdemu wyjdzie to na dobre. Bo powiem raz jeszcze - ani Auschwitz, ani ćpunka, ani kurwa nie były miłe. Tak jakoś wyszło...

Do napisania,
Z.



10 komentarzy:

  1. Ciekawy wpis:) Fajnie, że wróciłaś. Lubiłam twoje hejty na wszystkie tematy, które uważałaś za idiotyczne;D
    Tylko zastanawiam się, czy moje francuskie balerinki, by cię zainteresowały, bo mówiłaś, że oceniasz po butach;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dojrzałe podejście do tematu, podzielam twoje zdanie w 100%. Nie odseparujemy się nigdy od stereotypów, ale to chyba nie sztuka powstrzymać się od bzdurnych komentarzy i zastanowić trochę nad opinią o drugiej osobie. Ludzie uważają takie zmiany w wyglądzie za odważne nie dlatego, że to rzecz sama w sobie trudna do zrobienia. Decyzja i pewność o słuszności tej zmiany jest niełatwa do osiągnięcia i wiele osób (w tym ja) odsuwa to na bok i dobrze czuje się ze sobą bez żadnych zmian. Obie postawy są dobre - szaleństwo w wyglądzie oraz szara "pospolitość". Choć często denerwują mnie moje włosy do pasa i mam ochotę je ściąć to wiem że z nimi czuję się wyjątkowo, na dodatek bardzo mi się podobają. Nie zmienię tego ale rozumiem kiedy ktoś podejmie inną decyzję. Szacunek i akceptacja się liczą, a nie drwina. Nie trzeba wszystkiego rozumieć, ale należy ludzi szanować a wygląd nie ma tu nic do rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Iga, z prawie wszystkim, co napisałaś, mogę się zgodzić. Z wyjątkiem odwagi. Myślę, że chodzi to o coś zupełnie innego. Wcale nie o przekonanie o słuszności swojej decyzji co do radykalnej zmiany, a o umiejętność wyłamania się s szeregu i zrobienia czegoś w zupełnej sprzeczności z całym światem. Niewielu ludzi jest odpornych na zaczepki i krytykę innych. A po takiej metamorfozie (jakkolwiek kretyńsko to słowo nie brzmi) - na pewno one się pojawią. I to jest, tak mi się wydaje, ten rodzaj odwagi. To właśnie o nią chodziło moim bliższym czy dalszym znajomym. A co się tyczy szacunku - podpisuję się pod Twoimi słowami rękami i nogami.
    Z.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zosiu, twierdzę tak na podstawie mojego przypadku - nie chcę zmian nie dla tego, że boję się krytyki, ale po prostu nie jestem co do nich pewna i nie chcę potem niczego żałować. Nie czuję też do końca takiej potrzeby. Dużo już zaczepek w życiu zniosłam i wiem, że dam sobie z nimi radę w dalszym ciągu, zwłaszcza ze wsparciem bliskich. Ale jeśli ktoś boi się wyłamać ze względu na obawę przed wyśmianiem własnie, to popełnia duży błąd. Albo może zwyczajnie nie jest na nie gotowy, czy też z natury brak mu pewności siebie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Najważniejsze to czuć się dobrze samemu ze sobą. Jeśli robi się coś wbrew własnym przekonaniom, to to nigdy nie prowadzi do dobrego.
    Jeśli nie czujesz potrzeby zmian, to najwidoczniej nie są Ci one potrzebne.
    A co do tych, którzy boją się krytyki - do zrozumienia pewnych spraw potrzeba bardzo dużo czasu, a niekiedy nawet on nie pomoże w przełamaniu się.
    Z.

    OdpowiedzUsuń
  6. Hipokryzja aż się wylewa z tego posta, z jednej strony piszesz, że nie chcesz być oceniana na podstawie tego jak wyglądasz, a z drugiej sama mówisz, że oceniasz innych przez pryzmat butów o.O

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, nie zamierzam się tutaj wybielać. Pierwsze wrażenie jest zawsze decydujące, ale wiem też, jak bardzo boli pochopna ocena innej osoby. Nikt z nas nie jest bez "grzechu". A moje buty to był tylko przykład, wstęp do czegoś dużo bardziej poważnego.
      Z.

      Usuń
  7. Mam brzydkie pismo. Naprawdę. Kiedyś miałam ładne, ale pisałam za wolno i nauczycielce to nie odpowiadało. Zaczęłam więc pisać szybko i się pismo takie zrobiło. Ta sama nauczycielka stwierdziła, że osoba, która tak pisze powinna być rozczochrana, z kolorowymi włosami, kolczykami, tatuażami i podartym, czarnym ubraniem, kiepskimi ocenami i niegrzeczna.

    Trzecia klasa podstawówki. Pismo okularnicy z dwoma warkoczykami. A okulary były różowe.

    No, nie powiem, zabolało.

    Rok 2014.
    Wychodzę gdzieś z rodzicami. Zakładam glany i ramonezę. Ojczym patrzy i: ona wygląda jak satanistka. Stwierdził, że ze mną nie pójdzie na miasto.
    Nawet fajnie, nie szwendał się z nami, tylko w domu został.

    Rok 2016. Glany i ramoneza nie potrafią mnie pozbawić wyglądu spokojnej kujonicy-okularnicy. [Lekko wkurzające]. Na ferie wzięłam szkolne trampki do domu, by je wyprać i pierwszego dnia musiałam ich zapomnieć. Przez niezmienione buty na dwóch pierwszych lekcjach, potem mama mi przywiozła trampeczki, miałam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią.
    Kolega skomentował: może nie spodziewają się, że taka grzeczna i spokojna Sławka zmieniła image.
    Ja: nie zmieniłam. Noszę glany od kilku lat, tylko nie po szkole. Chodzi o to, że niezmienione. I co to ma do grzeczności?

    Dziś mogłabym powiedzieć nauczycielce, że mam brzydkie pismo, uczesane włosy, glany i mundurek jedno z prestiżowych liceów. W którym jeden z lepszych uczniów miał niebieskiego irokeza.

    I dziwne, że nie oceniam ludzi po wyglądzie?

    Z opisu tatuażu wnioskuję, że pewnie by mi się nie spodobał. Z opisu włosów, że pewnie też nie, choć przy odpowiednim kształcie twarzy nawet takie włosy mogłyby mi się spodobać. Ja lubię długie włosy, nawet u chłopaków. Ale róż, o którym pisałaś, pewnie był fajny.

    Ogólnie, twój wygląd by mi się nie spodobał. Ale zwykle na wygląd dziewczyn nie reaguję, chyba że chcę powiedzieć komplement. A jakbyś była facetem, pewnie byś mi się nie podobała. Więc tym bardziej bym nie zareagowała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubienie czy nielubienie to pojęcie względne.
      Wygląd to sposób na manifest samego siebie. Często mylnie postrzegamy to jako coś właściwego, coś, co nas wyraża. Często to tylko złudzenie. Najgorzej jest, gdy wydaje nam się, że wyglądamy jak my, a w rzeczywistości tylko chcemy się przypasować do otoczenia. Wiem, co mówię.
      Nie można ludzi oceniać po wyglądzie, często ci najlepsi wyglądają na bezdomni. Bo po prostu mają ważniejsze sprawy od swojego image'u.

      Z

      Usuń
    2. ,,często ci najlepsi wyglądają na bezdomni." My mieliśmy takiego nauczyciela, którego nowi uczniowie brali za woźnego przez jego ubiór, wiem o czym mówisz.

      Usuń

Śmiało wyraź swoją opinię.
I bądź cierpliwy - odpowiadam na każdy komentarz, lubię mieć ostatnie słowo. ;-)