Zajrzyj do skrzynki pocztowej

Napiszę Ci list. Napiszę Ci co chcesz.

Kochani! Przepraszam, że nie piszę. Przepraszam, że po raz kolejny przepraszam i pewnie i tak niewiele się zmieni. Nie siedzę w kąc...

piątek, 24 kwietnia 2015

Wolonturystyka - czy wyjazd "na pomoc" ma sens?

Wolonturystyka to połączenie wyjazdów w celach wypoczynkowych z pracą ochotniczą. Jej początki sięgają lat '70 ubiegłego wieku, kiedy to coraz popularniejsze stały się: odpowiedzialne podróżowanie, walka z wyzyskiem i zwracanie uwagi społeczeństw Zachodu na ubóstwo krajów Trzeciego Świata. Młodzi ludzie chętnie brali udział w akcjach tego typu i w krótkim czasie wolonturystyka stała się biznesem na skalę światową. Wyjazdy były organizowane przez międzynarodowe biura podróży, a wziąć w nich udział mógł każdy, bez względu na wiek
czy posiadane kwalifikacje. Liczy się tylko znajomość języka angielskiego na poziomie komunikatywnym.
Brak skonkretyzowanych wymagań to przeciwieństwo tego, czego wymagają wyspecjalizowane organizacje i fundacje pozarządowe działające na całym świecie, które przed wysłaniem wolontariuszy "na misję" dokładnie sprawdzają ich kompetencje, CV, poziom wykształcenia
i znajomość języków, a później przez długi okres czasu odpowiednio przygotowują do pracy. Wolontariat od wolonturystyki różni się też długością trwania pobytu - w pierwszym przypadku
to okres rzędu 6-12 miesięcy, a w drugim - 1-4 tygodnie. Jest różnica, prawda?

Zastanówmy się, czy wolonturystyka ma sens? Czy może rację mają ci, którzy mówią, że niesie ona za sobą więcej szkód niż pożytku? Kto bardziej zyskuje - beneficjenci programu czy może obcokrajowiec, który pełen zapału przyjeżdża do nieznanego sobie kraju i ofiaruje swoją pomoc? Przed takimi pytaniami stanęłam niespełna pół roku temu i dziś chciałabym przedstawić Wam rzeczywisty obraz "raju", który kusi w zakładkach "wolontariat zagraniczny" w wyżej wspomnianych biurach podróży.



Na początku roku po raz kolejny zaczęłam rozmyślać o ewentualnym wyjeździe za granicę
na wakacje. Jednym  z pierwszych haseł, które wpisałam w wyszukiwarkę było: "wolontariat
za granicą". Wyskoczyło mnóstwo ofert i reklam dotyczących "wielkiej przygody", "niesienia pomocy", "ratowania świata". Przeglądałam różne strony internetowe i jednocześnie szukałam opinii o poszczególnych organizacjach. Jedną z najpopularniejszych i rzekomo najodpowiedniejszych jest "projects-abroad" - światowy lider pośredniczący w wyjazdach wolonturystycznych i stażach
za granicą, głównie w krajach globalnego Południa.
Masz chęć pojechać do RPA, Gruzji, Australii, Nepalu czy Kambodży? Ratować dzikie zwierzęta, uczyć dzieci, wspomagać lokalne społeczności, odbudowywać ekosystem? Brzmi świetnie, prawda? Nie dość, że wyjedziesz w piękne, dziewicze miejsca, poznasz lokalną kulturę i ludzi, to jeszcze przyczynisz się do zmieniania świata na lepsze! Coś wspaniałego. No kto by o tym nie marzył?
Ja marzyłam.

I nadal śledziłam ogłoszenia. Byłam w siódmym niebie. W międzyczasie nawiązałam kontakt
z koordynatorami niezależnych organizacji działających w Nepalu i Tanzanii. Pytałam, drążyłam
i nagle coś przykuło moją uwagę.
Wszystkie te projekty były do siebie bardzo podobne - jedziesz, żeby pomagać, odwiedzasz malowniczy zakątek świata, spełniasz się i...płacisz za dwa tygodnie jakieś 6-7 tysięcy, lekko licząc. Coś tu nie gra, czy to tylko mi się tak wydaje?
I od tego zaczęły się moje poszukiwania prawdy. Artykuły, audycje, blogi. Z tekstu na tekst robiło się coraz mniej wesoło.

Zacznijmy od kosztów oraz absurdu, który się z nimi wiąże. Pomyślmy. Mam jechać za granicę,
by za darmo pomagać ludziom, społeczności i wspierać organizacje. Poświęcam swój czas, chęć
i siły, a do tego jeszcze mam płacić niewyobrażalne sumy pieniędzy? Kogo stać na wczasy za grube tysiące? Bardzo często do kosztów,  którymi zostajemy obciążeni, dochodzą ceny przelotu
i wyrobienie wizy, pozwoleń, szczepień.... W Polsce wolontariat jest rozumiany jako praca za darmo na rzecz innych ludzi. To bezinteresowna pomoc. Przynajmniej ja tak do tego podchodzę. A tu nagle okazuje się, że muszę płacić za to, by pracować.
Dlatego odeszłam od pośredników typu "projects-abroad" i zostałam przy Nepalu i Tanzanii.
Tutaj miałam do opłacenia jedynie nocleg i wyżywienie. Byłam w stanie ograniczyć koszty do trzech - czterech tysięcy, wliczając w to samolot i inne opłaty.

Jednakże tutaj pojawia się kolejny problem. A mianowicie - czy rzeczywiście nasza pomoc coś zmieni? Realnie wpłynie na życie mieszkańców? Owszem, zdjęcia uśmiechniętych wolontariuszy otoczonych gromadką dzieci wyglądają rozczulająco, a fotografie z budowy lub z dżungli przy pomocy szympansom zdają się być bardzo prawdziwe (zapewne tak to wygląda), ale dlaczego nikt nie pisze o długodystansowych celach i tym, co już zostało osiągnięte?

W czasie moich poszukiwań, natknęłam się na artykuł Pawła Cywińskiego z września 2014 roku
z National Geographic Traveller, którego fragment pozwolę sobie zacytować: "Według danych UNICEF­u, w Kambodży odnotowano w przeciągu ostatnich pięciu lat 75­procentowy wzrost liczby dzieci oddawanych do domów dziecka. Jednocześnie na 12 tys. dzieci przebywających w tych ośrodkach tylko 28 proc. to faktyczne sieroty (w Ghanie i Indonezji ten odsetek jest jeszcze mniejszy – 10 proc.). Autorzy raportu wskazują, że wbrew informacjom ze strony „projects­abroad” – gdzie przekonuje się, że khmerskie dzieciaki lądują w bidulu z powodu konfliktów i wysokiej śmiertelności wynikającej z rozprzestrzeniania się wirusa HIV – głównym powodem oddawania dzieci jest niemożność zapewnienia przez rodziców swoim pociechom edukacji. Oraz wiara w szansę nauczania dziecka przez obcokrajowców. Wiara złudna, należy dodać. Nie wiedzą oni wszak, że ci nauczyciele nie mają żadnego pedagogicznego i kierunkowego przygotowania" Dochodzi tu do sytuacji, gdzie ludzie oddają dzieci do sierocińców, ponieważ uznają, że tam otrzymają one lepszą edukację,
której nie zapewni żaden lokalny nauczyciel. Nikt nie zważa na to, że przyjezdni często nie mają pojęcia o sytuacji panującej w miejscu, w którym się zjawiają. Nie znają tradycji ani kultury. Innym problemem jest to, że często przyjeżdża się na zaledwie kilka tygodni i w tym czasie nie da się wypracować odpowiednich relacji z dziećmi, ani nauczyć ich zbyt wielu rzeczy. "Nauczyciele" bardzo często nie zdołają nawet zapamiętać imion uczniów. Maluchy jednak zdążą się przywiązać,
a gdy wolontariusz wyjedzie, po raz kolejny poczują się opuszczone. Dla nas to bowiem krótka przygoda, a dla nich - coś o wiele bardziej znaczącego. Z raportu międzynarodowej kampanii Aware Volunteer wynika, że wiele dzieci, które zostały w ten sposób potraktowane, w późniejszym życiu nie umie nawiązać bliższych relacji z innymi, gdyż boją się odrzucenia.


Bardzo często dochodzi do sytuacji, w której ludzie z Zachodu starają się narzucić mieszkańcom swój sposób bycia, w ich mniemaniu nierzadko lepszy od tego, który zastali. Często robią
to nieświadomie. Bowiem w naszej kulturze panuje przekonanie (oczywiście niczym nieuzasadnione), że cywilizacje krajów wysoko rozwiniętych mają największe możliwości zapewnienia uboższym państwom odpowiednich warunków życia. Uznajemy, że jesteśmy autorytetami dla Południa i niejako jest ono od nas uzależnione. Ta idea jest tak szeroko rozpropagowana, że nie tylko my traktujemy ją jako prawdziwą, ale zaczynają tak myśleć sami zainteresowani. Niekiedy przyjezdni zaczynają narzucać swoją religię, przekonania czy wyznawane wartości, co może być różnie odbierane. Robią to oczywiście w "dobrej wierze". Ale, jak wiadomo - dobrymi chęciami piekło brukowane.


Ponadto bardzo często od wolontariuszy nie są wymagane żadne kwalifikacje. Po prostu - płacisz
i jedziesz. W tym miejscu należy zastanowić się na kolejną rzeczą. Skoro można pojechać bez żadnego przygotowania, to dlaczego praca, której się podejmujemy, nie mogłaby być wykonywana przez lokalną społeczność? Osoby, które jadą w te rejony, przyczyniają się do wzrostu bezrobocia wśród mieszkańców. Pojawia się dylemat "ryby i wędki". Jechać i pomagać przez krótki okres czasu (podczas którego nie zostają wprowadzone żadne realne zmiany), wprowadzając zamęt i dając niepotrzebną nadzieję na poprawę losu dla beneficjentów, czy lepiej zostać na miejscu i tutaj propagować akcję i starać się w inny sposób wpływać na warunki życia w krajach Trzeciego Świata? A pomoc i czynne działanie zostawić w rękach profesjonalistów - działaczy wyspecjalizowanych organizacji takich jak PAH, ONZ, czy Czerwony Krzyż? Myślę, że ta druga opcja okaże się lepsza. Często bowiem porywamy się z motyką na słońce i wydaje nam się, że zdziałamy wiele dobrego,
gdy tak naprawdę wyrządzić możemy więcej krzywdy. 


Planując takie wakacje, warto odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie: "Dlaczego chcę to zrobić?". Jeśli odpowiedź zabrzmi "przeżyję przygodę", "to dobry sposób na spędzenie czasu", "bo gap year jest dobry i na Zachodzie wszyscy tak robią", to nie jedź. Jeśli nie zaangażujesz się w to naprawdę
i z sercem, to Twój wyjazd będzie mijał się z celem. Zapłacisz grube pieniądze za nowy rodzaj wczasów, a będziesz tylko jednym z wielu klientów biur podróży, które żerują na ludziach.
A pomyśl - za 6-7 tysięcy możesz opłacić działalność przedszkola dla 50-100 dzieci przez dobre osiem miesięcy. I co Ty na to?

Życzę rozwagi w podejmowaniu decyzji.
Z.


Korzystałam z artykułów Pawła Cywińskiego "Wolontariat: fabryka pomocy?" 
i Alicji Nowaczyk "Wolonturystyka – ile jest pomocy w turystycznej przygodzie?" 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Śmiało wyraź swoją opinię.
I bądź cierpliwy - odpowiadam na każdy komentarz, lubię mieć ostatnie słowo. ;-)